Copyright ©
Szymon Marhwiak Barabach
Napisz do
autora
Kategorie: Wszystkie | Dzieciakowo | Figury | Radosne wykwity | Teksty | Zamyślaki
RSS
czwartek, 12 marca 2009
Poetę dziś spotkałem.

Miał niewyraźną minę,

Jakoś mu pomóc chciałem -

Spytałem o przyczynę.

A on naprężył skronie,

Napuszył się jak ptak,

Wyciągnął obie dłonie,

I zaczął mówić tak:

Znad głośnej chmury jutra

Wypływa dłonią sarna

Co w ogóle nie ma futra

I jest różowo – czarna

W tę sarnę młot się wtula

Co jest balastem świata

A świat – bagienna kula

Dokoła sarny lata

A w pysku ma ta sarna

Pszeniczny bochen chleba

Pieczony z serca ziarna

Które zrodziła gleba

Po glebie sunie walec

Złych czynów i przeszłości

A w walcu siedzi palec

Co nie ma w środku kości

Ten palec się przedziera

Przez życia tkany szum

Pstrykając jak cholera

Aż w końcu robi „BUM”

Wtem spada z niebios most

Zalewa go łez fala...


- A mówiąc krótko, wprost?

- No łeb mnie napierdala!

14:59, marhwiak , Teksty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 marca 2009

Tak, to prawda, wysoki sądzie. Przyznaję, że jestem ludożercą. Jestem ludożercą z dziada – pradziada. Moja matka była ludożercą, moja babka była ludożercą. Była ludożercą aż do śmierci. Tragicznej śmierci. Oficjalna wersja jest taka, że babkę pewnego dnia zeżarła ciekawość. Tak twierdził dziadek. Ja, prawdę mówiąc, mam inne podejrzenia. Moja babcia miała reumatyzm i stosowała różne maści. Jakie to ma znaczenie? A no takie, że przez cały wieczór w dniu, w którym zniknęła, dziadkowi, też ludożercy, odbijało się Ben Gayem.

Ale wracając do sedna, wysoki sądzie.

Moja obecna żona wiedziała, że jestem ludożercą. Powiedziałem jej to już na pierwszej randce. I przyjęła to nadzwyczaj dobrze. W ogóle jej to nie przeszkadzało. Nawet w dniu oświadczyn, kiedy, nie wiedząc jak zareaguje, klęknąłem przed nią i zapytałem: „czy mogę Cię prosić o rękę?” nie spanikowała. Również pożycie małżeńskie mieliśmy udane – nie raz jej wyznawałem, że mam na nią apetyt, a ona się zgadzała. Oczywiście od czasu do czasu pytałem ją w trakcie: „kochanie, czy coś Cię gryzie?”. To na wypadek, gdyby mnie poniosło. Ale tak, to zawsze było OK.

Próbowałem dla niej nawet przejść na wegetarian.

Wysoki sądzie. Jeśli chodzi o pozew rozwodowy: ja nie do końca rozumiem, dlaczego moja małżonka go złożyła. Z tego co wiem chodzi o konsumpcję małżeństwa... Ale przecież ja mówiłem, że życie intymne mieliśmy udane. A, o to, że skonsumowałem małżeństwo, ale nie nasze?

No tak. Przyznaję się: zjadłem moich teściów. Ale miałem powód. Jaki?

Zaczęło się od tego, że teściowa kiedyś wpadła do mnie do pokoju i krzyczy: „koniec z tą ludożerką”. I zaczęła mi podkładać świnie. Rozumiem - gdyby tylko na obiad. Ale ona robiła to kilka razy dziennie. Kiedy naprawdę miałem dość, popatrzyłem głęboko w jej płytkie ślepia i mówię:

- Mamusiu, niech mamusia da spokój, bo to się źle skończy.

A ona na to:

- Nie strasz, nie strasz. Nie tacy jak ty sobie na mnie zęby połamali.

Nie, no tak to jeszcze chyba mi nikt na ambicję nie wjechał. Poszło raz dwa.

Jeśli zaś chodzi o teścia, to do niego chyba nic nie miałem. To była raczej kwestia mojej słabej psychiki. Kiedy kończyłem teściową, teść wszedł do kuchni. A że całe życie ona nazywała go „pączusiem”... Wysoki sąd sam chyba rozumie...

Co mam na swoją obronę?

Przede wszystkim to, że teściowie byli ludźmi zupełnie pozbawionymi smaku. I to w każdym calu... Czy raczej – gramie. Oprócz tego, teściowa miała przerośnięte nie tylko ego. No i miała wodę w kolanach! I choć o zmarłych nie powinno mówić się źle, szczerze mogę wyznać, że jej nie trawię do dziś.

W ostatnim słowie chcę powiedzieć, że ja na ten rozwód się nie zgadzam. Proszę mnie zrozumieć – nie mogę się rozwieść i mieszkać sam. Co prawda mieszkanie z teściami miało wiele wad, ale jak wysoki sąd zauważył, było przynajmniej co do gara włożyć.

A na jaki wyrok liczę? Na korzystny. Jak to, dlaczego?. Wysoki sądzie. Już na pierwszy rzut oka widać, że z wysokiego sądu jest dobry człowiek!

12:31, marhwiak , Teksty
Link Dodaj komentarz »